[8]2 kwietnia 2009 @ 17:13


20. Is food more important than happiness in life? I think not!
Ajajajj... na dworzu robi się coraz cieplej, ładniej i dłużej jest widno. Przez to powoli trzeba będzie się pozbyć zimowej kurtki, ehh i tu zaczynają się schody. Moja dieta wciąż trwa, ja niestety nie widzę efektów i nadal jestem gruba. Mam dość tego, ale wiem, że trzeba być cierpliwym, ale ile jeszcze?! No cóż, domyslam się, że jeszcze trochę. Od dziś mam cel, chudnę i to równo na 24 bądź 25 lipca. Powiem tyle, że nie jest to pewne co ma się wydarzyć, ale mam taką nadzieję. Będzie to bardzo ważny dzień dla mnie i muszę, ale to muszę być szczuplejsza, nic innego nie wchodzi w grę. Takiego dnia się nie zapomina i mam nadzieję, że będę go doświadczyć. Tak więc, mam nadzieję, że wszystko pójdzie po mojej myśli i będę chudsza. No i od razu chce się żyć :)

[6]8 kwietnia 2009 @ 22:30


21. Fairytale gone bad.
Jednak z matką znów mi się nie układa, bardziej niż zwykle. Stwierdziła, że Szatan mnie opętał, bo się zmieniłam. Ciekawe. Kiedy chcę coś powiedzieć to nie doprowadza mnie do głosu. W zasadzie nie kłócę się i nic nie mówię, ale cóż. W końcu siedzi we mnie demon. Już dawno temu przestałam się nią przejmować. Tak samo z dietą. Doszłam do wniosku, że to nie mnie przeszkadza mój wygląd, tylko mojej matce. Próbowałam się zmienić na siłę, bo ona mi wmawiała, że wyglądam jak potwór, że wstydzi się mnie, że nie znajdę sobie nigdy męża. Może i jestem gruba, ale męża nie szukam. Faceci to świnie, tak było, jest i będzie. Na domiar tego moja matka wpędziła mnie w tak ogromne poczucie winy, że nienawidzę siebie za to jaka jestem i jak wyglądam. Wbiła mi do głowy, że dzięki szczupłej figurze osiągnę sukces i szczęście. Dopóki jestem gruba to jestem nikim. Z takim przeświadczeniem żyję od szóstej klasy podstawówki, czyli pięć lat. Trzeba mieć tupet by wmówić jedenastoletniemu dziecku, że jest grube i wysłać je do sanatorium odchudzającego. Wtedy jakoś nie przejmowałam się tym jak wyglądam, jednak kiedy poszłam do gimnazjum, już na początku pierwszej klasy (a był to wrzesień - pamiętam te dni jak dziś) zaczęłam się intesywnie odchudzać. Nie była to zwykła dieta. Parogodzinne ćwiczenia stały się chlebem powszednim, a jabłka, woda i ryż - codziennością. Zaczęłam chudnąć. Matka jednak dalej wytykała mi moje wady. A ja chudłam, chudłam i chudłam. Potem do akcji wkroczyła anoreksja, wiadomo jak to jest. Kradłam rodzicom pieniądze, kupowałam tabletki przeczyszczające, czasem miewałam napady obżarstwa, ale to zdarzało się dość rzadko. Miałam już obcykane jak wyrzucać jedzenie, by nikt się nie domyślił, co robić jak jest zjazd rodzinny - wspólne obżarstwo. To stało się tak oczywiste jak wstawanie rano i wychodzenie do szkoły. Matka widziała mnie tylko wtedy, kiedy dostawałam same piątki, dlatego kułam i siedziałam w książkach, aby okazała mi tyle samo zainteresowania co bratu. Jedzenie było moją idealnie kontrolowaną sferą życia. Choć dobrze się uczyłam i chudłam to jednak nadal nie spełniałam wymagań matki. Załamałam się psychicznie, kłótnie z matką były strasznie wyczerpujące, zwłaszcza, że i tak już żyłam na 300 kcal dziennie. Do tego doszło cięcie się i myśli samobójcze. Ważyłam tyle ile odpowiadało matce, ale ona już nie zwracała na mnie uwagi, brat był w jej centrum uwagi i nie było miejsca na nikogo innego. Walczyłam ze sobą, choć nikt o tym nie wiedział. W szkole nikt się nie zorientował, że coś się ze mną dzieje. Oczywiście wyszłam z tego, wraz z odejściem depresji przybyło mi kilogramów. Od tamtej pory matka znów mi wytyka, że kilka lat temu byłam super chuda, a teraz znów jestem gruba. Tyle lat zmarnowałam na odchudzanie - smutnych lat. Nigdy nie byłam szczęśliwa tak w pełni. Odchudzanie owszem sprawiało mi radość, ale jak dotąd nie zasmakowałam tego szczęścia, jakim jest bycie sobą, tak po prostu. Wniosek jest z tego taki, że nie warto marnować czasu na coś co początkowo może przynieść korzyści, to jednak potem jest fatalne w skutkach. Gdybym mogła wrócić do tego czasu kiedy byłam chuda, to na pewno bym to zrobiła, jednak z małą zmianą. Nie przejmowałabym się matką tak bardzo jak kiedyś. Wydaje się, że wiecie o mnie teraz więcej, aniżeli reszta ludzi, z którymi stykam się na co dzień. Musiałam to napisać, może niektórzy z was pomyślą, że nie powinnam, że to osobista sprawa, ale ja uważam inaczej. Trochę to przytłaczające, smutne i żałosne - takie rozdrapywanie ran z przeszłości. Każdy ma czasem gorsze momenty w życiu. Dziś nadszedł i mój.

[4]17 kwietnia 2009 @ 17:53


22.
Najbardziej lękamy się nie naszej niedoskonałości, najbardziej lękamy się tego, że jesteśmy potężni ponad miarę. Zadajemy sobie pytanie: kimże ja jestem by być błyskotliwym, pięknym, uzdolnionym, wspaniałym? Właściwie kimże jesteś, żeby takim nie być?


© joliment