[15]3 marca 2012 @ 16:34


Toczę bój sama ze sobą...
Jestem swoim największym wrogiem.

edit.
rzygania ciąg dalszy.

[50]7 marca 2012 @ 20:35


Ostatnio nie mam czasu dosłownie na nic, nawet na głupie pomalowanie paznokci. Studia i praktyki pochłonęły mnie do reszty. Nie mam nawet kiedy się uczyć, zamiast tego wolę biegać. Wspominałam, że się od tego uzależniłam? Póki co biegam z psem w lesie, jutro dołączy do mnie brat i będziemy biegać razem. W tej dziedzinie mojego życia jest dobrze. Mam ustawione myślenie: "nie jeść, chudnąć, biegać". Gorzej jeżeli chodzi o resztę. Wszystkich trzymam na dystans, nie okazuję uczuć i po prostu gram szczęśliwą osobę. Tak naprawdę nie mogę na siebie patrzeć, czuję jeszcze większe obrzydzenie, niż wcześniej. Ale kogo to obchodzi? Jestem jedynie jedną z wielu osób w tłumie.

[11]11 marca 2012 @ 16:29


No i jakoś idzie. Waga schodzi w dół, za 4 kg będę na półmetku :) Także nagrodą za ciężką pracę są efekty moi drodzy :) Cholernie mnie to motywuje, nie sądziłam, że po prawie czterech miesiącach nadal będę tak wytrwale trzymać się diety, a także uprawiać sport, no niesamowite. Jak widać nie jest potrzebna jakaś magiczna moc, dotyk boga czy innego stworzenia by dojść tak daleko. Poza tym nic się nie dzieje, albo może to mnie się nic nie chce. Jakoś nie mam ochoty na imprezy - jestem ostatnią osobą jaką można wziąć do klubu. Straszny ze mnie domator, aczkolwiek te dojazdy bardzo mnie zniechęcają, bowiem nad ranem w weekend pierwszy autobus do siebie mam o 7, także to mówi samo za siebie. Dlatego tak strasznie czekam, aż dostanę to mieszkanie od rodziców, blisko skmki i wtedy problem rozwiązałby się sam. Jeszcze niecałe półtora roku...

[18]12 marca 2012 @ 18:22


Kogo ja oszukuję? Bulimia całkowicie zawładnęła moim życiem.

[22]16 marca 2012 @ 14:17


Właśnie wróciłam ze szpitala. Wczoraj między zajęciami pojechałam z ojcem na pogotowie, bo nie wytrzymywałam już tego bólu. Zbadali mnie, zrobili usg i okazało się, że mam kamienie w pęcherzyku żółciowym i trzeba go wyciąć. Za chwilę jadę na kolejne usg, bo rodzice chcą być pewni, by od poniedziałku załatwić szybko mi zabieg, gdyż termin na jaki zostałam wpisana w szpitalu przypada dopiero na 20 maja, a do tej pory umrę. Teraz też nie czuję się najlepiej, nie jadłam od 28 godzin i boję się, że jak coś włożę do ust to będę tego żałować.

edit 17.03
Wczoraj po usg trafiłam na chirurgię do drugiego szpitala. W poniedziałek się okaże co dalej. Leżę z jęczącą babcią, która piszczy z byle powodu. Mam jej dość.

edit 19.03
Była nadzieja, że nie będę potrzebować operacji, ale tak szybko znikła jak się pojawiła. Doceniłam to co miałam wcześniej. Za późno.

[12]20 marca 2012 @ 09:14


Operacja w czwartek. Leki rozkurczowe odstawione. Liczba lekarzy przy moim łóżku - 10. Traktowanie mnie bez szacunku - bezcenne.

edit
Zmiana planów. Jutro wychodzę i matka zabiera mnie do innego szpitala, gdzie są lepsi chirurdzy, gdyż tu się okazało, że Ci co chcieli mnie operować nie potrafią robić cholecystektomii, więc znów wracam na stare śmieci.
To się nazywa życie od szpitala do szpitala.

[17]21 marca 2012 @ 19:22


Już jestem w domu, te szpitale wykończyły mnie psychicznie i fizycznie. W dniu kiedy przyjęto mnie na oddział, dowiedziałam się, że jednak coś mi jest i że bez operacji się nie obejdzie - załamałam się. To było jak wyrok śmierci. Lekarze sami byli w szoku, że nie doszło do zapalenia otrzewnej, bo wtedy nie mieli by co zbierać po mnie. Zbyt długo zwlekałam. Podsumowując: nie jadłam przez 4 dni, miałam łącznie 20 wkłuć plus 2 wenflony, przy moim łóżku w trakcie każdego obchodu stało 16 chirurgów i 8 pielęgniarek, nabawiłam się zapalenia dróg oddechowych (dzień w dzień leciała mi krew z nosa), dożylnie dostałam 10 różnych kroplówek, personel niekiedy był wredny, a kilku chirurgów cierpi na co-to-nie-ja-lizm. Także teraz zostały mi jedynie ślady po wkłuciach, wenflonach oraz siniaki (co widać na załączonym obrazku), po usg (a było ich 3) miałam wrażenie, jakby połamano mi żebra, jeszcze teraz mnie bolą. A na blogu wiosennie. Coś w końcu musi poprawić mi nastrój. Jutro czeka mnie wizyta u ordynatora w sprawie operacji. Chciałabym mieć ją za sobą, a jednocześnie jej nie doświadczyć.

[21]23 marca 2012 @ 20:00


Jednak ból zmienia ludzi. Nie przypominam sobie okresu jak czułam się przed tym wszystkim, od zeszłego roku miotam się między szpitalami i za każdym razem odsyłano mnie do domu. To już stało się codziennością. Ale gdyby nie kontakty mojej mamy już by mnie tu nie było. Zabieg będę mieć 3 kwietnia, lepsze to niż koniec maja. Teraz już tylko odliczam dni do szpitala, operacji, kolejnego bólu. Nie chcę już narzekać i pisać jak jest mi źle. To nie ma sensu, nikogo to nie obchodzi, a kiedy moja matka słyszy, że zaczyna mnie coś boleć chodzi już jak na szpilkach i pakuje mnie do szpitala, by szybko znaleźć się na pogotowiu. Nie chcę jej denerwować, zwłaszcza, że i tak ma zszargane nerwy po ostatnim pobycie w szpitalu.

[32]30 marca 2012 @ 16:14


Do szpitala zostały trzy dni.
Do operacji cztery dni.
Do życia bez bólu XX czasu.

Najgorsze jest to czekanie. Moje życie jest jednym wielkim bólem, z którym już nie potrafię sobie poradzić. Udaję, że jest okej, a tak naprawdę strasznie się męczę. Cały czas sobie powtarzam, że po operacji będzie dobrze, na pewno będzie dobrze, musi być, chyba, cholera.

© joliment