[3]8 lutego 2009 @ 19:20


11. La vie n'est pas toujours rose.
No i nadszedł ten dzień, kiedy wszystko wywraca się do góry nogami i wtedy już nie ma się pojęcia o niczym. Co ma być potem? Jaką decyzję podjąć? Czy nie za wcześnie? Czy ma się dość dużo wiedzy? Teraz nie wiem nic. Nie wiem czego chciałam, po co, z jakich pobudek. Czy dobrze robię? Nie lubię takich dni, choć wtedy dowiaduję się sporo rzeczy i te informacje mnie przytłaczają. Tyle ich było, że nie mogę się skupić, o czym myśleć? Jednego jestem pewna, teraz wiem mniej, aniżeli rano. Ciekawe na jakiej zasadzie to działa. Pewnie za dużo się dowiedziałam, ale z drugiej strony dobrze, że to wiem. Kurcze i teraz namnożyło się tyle pytań. Niestety nie mogę wymyślić na nie odpowiedzi. Ale w sumie znam kogoś, kto potrafi na nie odpowiedzieć, no cóż, muszę poczekać do jutra. Czuję się jak młody naukowiec, który ma wykład na wielkiej sali, gdzie będzie go słuchać sto osób, w tym mądrzejszych od niego, którzy będą go oceniać, a on, w tym momencie, nie jest pewien swojej wiedzy. Jak wiadomo dotychczas sądził, że opanował dany materiał. Czy nie popełni błędu wypowiadając się? Czy może zapomni połowy tekstu? Albo taki stres go weźmie, że nic nie wykrztusi? I zadaje sobie pytanie: co ja tutaj robię? No właśnie i co on ma zrobić? Niby mi daleko do tego, ale coraz bliżej, jeżeli podejmę konkretne kroki to tak będzie. Stres, zwątpienie, niewiedza. Ojj nie zasnę dziś. A cała reszta daje mi do zrozumienia, że to nie ten czas, że nie mam tak rozległej wiedzy, żeby dyskutować z innymi. Chyba, że się mylę. No zobaczymy.

[3]12 lutego 2009 @ 22:51


12. Twilight again - another ending. No matter how perfect the day is it always has to end...
Przyznam się bez bicia, że moje życie to nie bajka - nie jest usłane różami, nie ma w nim przygód, ani szalonej miłości. W zasadzie każdy dzień sprawia mi ból, każde spojrzenie w moją stronę jeszcze większy, a słowo pod moim adresem mnie zabija. Chciałabym się cieszyć tymi dniami, kiedy jestem młoda, że nie mam zmarszczek, nie mam 50 lat na karku i mogę swoje przeżyć. Niestety jestem gruba, więc nie mam po co się cieszyć. Jedyną radość przynosi mi każdy kilogram mniej, każdy miły komplement, niezjedzona kolacja, bądź inny zakazany posiłek lub słodycz. Czyżbym gadała głupoty? Tymczasem nadal błądzę gdzieś, bięgnę sprintem w pogoni za idealną figurą, za tą upragnioną chudością. To jest jak narkotyk. Uzależniasz się od tego i kiedy chcesz przestać, zdajesz sobie sprawę, że nie możesz, nie dasz rady, zostaje ci tylko odwyk, ale jednak tak pragniesz tego narkotyku, że sprzedajesz swoje rzeczy, dom, rzucasz pracę, szkołę. A tak naprawdę ten narkotyk pogrywa z tobą. Niszczy cię. Aż w końcu cię zabija. Przedtem mogłeś pomyśleć po co zacząłem? Dlaczego się za to brałem? No dlaczego? Odpowiedź jest prosta, bo to pozwala ci być kimś, czujesz się lepiej, inni chcą z tobą przebywać, lubią cię. Tak, właśnie, to dlatego zacząłeś brać. By inni cię polubili, pokochali za to jaki jesteś, a nie jaki chciałbyś być. Ale już jest za późno, wykorzystałeś swoją szansę. Nie ma dla ciebie ratunku, bo już nie żyjesz, nie ma cię, twoja pamięć poszła w zapomnienie. Czy warto było? Było fajnie? Chwilę, ale tylko chwilę.

[24]17 lutego 2009 @ 21:15


13. Kiedy czegoś gorąco pragniesz, to cały wszechświat działa potajemnie by udało Ci się to osiągnąć. Paulo Coelho. GÓWNO PRAWDA!
Moje życie to wielka pomyłka. Jutro styka mi równe 18 lat i doszłam do wniosku, że nic nie osiągnęłam. Kompletnie nic. Chce mi się tylko płakać. Gówno mnie obchodzi, że użalam się nad sobą. Po co mam żyć skoro nie mogę mieć tego czego chcę? Jestem tak gruba, a to za chuja nie chce się zmienić. Jak ma mnie ktoś zaakceptować skoro ja siebie nie akceptuję? Nie da się. 100 kg na karku to nie mało. Przeraża mnie ta liczba. Teraz marzę jedynie o śmierci. Takiej bolesnej, bo nie warta jestem niczego. Jestem okropna dla wszystkich, mojej rodziny, znajomych i innych osób, które przebywają w moim otoczeniu. W ogóle mam dość tego, że jestem głupia i gruba. Po prostu mam tego serdecznie dość. W życiu nie spotkało mnie nic miłego. Jeszcze ta gówniana tarczyca, dzięki której tyle utyłam. Kurwa, że wcześniej nie mogłam się zorientować. Ja pierdolę, to teraz nie byłabym taka gruba. Przypominam wieloryba. Brak mi słów na to i na wszystko. To moja wina, tylko moja wina. Po co ja się urodziłam? Zrujnowałam sobie i innym życie. A moją matkę o mało co nie wpędziłam do grobu. Jak ja żałuję tego wszystkiego, za jakie grzechy?! To wszystko nie ma sensu, no nie ma. I nic już nie pomoże.

[10]21 lutego 2009 @ 14:48


14. La barricade ferme la rue mais ouvre la voie. - Barykady zamykają ulice, ale otwierają drogę ku przyszłości.
Ok, już jest lepiej. Dziękuję wam za te mobilizujące komentarze. Przemyślałam kilka spraw i doszłam do wniosku, że nie warto się przejmować wszystkim. Que sera sera! Trudno się mówi, jestem jaka jestem i tyle, jeżeli komuś to przeszkadza to jego sprawa :) Tak poza tym mam nawał nauki w szkole, w tym tygodniu mam tyle sprawdzianów, że już nie ogarniam. I ciekawe kiedy mam się tego wszystkiego nauczyć. To jest śmieszne ile od nas wymagają, a do matury nie przygotowują jak na razie. Najlepsze jest to, że z matieriałem jesteśmy do przodu z prawie wszystkiego. Ee tam, zwisa mi to, byle, żeby mieć w miarę przyzwoite oceny, a zwłaszcza te, które odpadają w tym roku. Już niedługo marzec, kwiecień i wiosna. NARESZCIE! Mam dość noszenia kurtki i w ogóle. Na szczęście się wypogadza, tylko jeszcze ten śnieg. Ale cóż, wszystko przemija, co nie? :)

[5]28 lutego 2009 @ 10:33


15. Pain is temporary, pride is forever.
WEEKEND! Nawet nie wiecie z jaką ulgą piszę te słowa. Ten tydzień był niewyobrażalny, przyszły też taki będzie. Już nie nadążam, po prostu nie ma jak. Zmieniłam zdanie, odwołuję to co powiedziałam. Przemyślałam wszystko dokładnie i nie mogę tego tak zostawić! Się normalnie poddać i być bierną, nie o to w tym chodzi! Jak ma się marzenia, to chce się je realizować, tak też więc zrobię. Nie będę się poddawać. Muszę być silna, odporna na innych, a będzie dobrze. Od tej pory jest to moim celem, którego już nigdy nie odpuszczę, albo będę chuda, albo też będę chuda. Nie ma innej opcji. Przystawanie na coś oznacza, że nie ma się siły do walki, ale ja ją mam i nie zawacham się jej użyć. O tak! Tymczasem jutro już marzec. Nareszcie, byle do świąt.

© joliment