[3]2 grudnia 2011 @ 14:54


Ja tego nie rozumiem, po co on mi jeszcze głowe zawraca?
Sam nie wie czego chce ;/

edit
I tak mam go gdzieś, niepotrzebnie daje o sobie znać.

edit po kłótni z tą pizdą
On woli ją.

edit po namyśle
To skomplikowane.

[11]3 grudnia 2011 @ 15:57


Nie czuję nóg, rąk i kręgosłupa. Ciężkie jest życie budowlańca.

[11]4 grudnia 2011 @ 19:29


Musiałam coś zmienić, tamten szablon wydawał mi się być taki hmm chłodny. Także przez jakiś czas będzie tu cukierkowo, różowo i w zasadzie jak w bajce - zupełne przeciwieństwo prawdziwego (mojego) życia. Za dużo w nim ostatnio porażek i innych smutnych sytuacji.

[14]6 grudnia 2011 @ 18:00


Pierwszy raz od 20 lat Mikołaj mnie nie odwiedził! Szok! Chyba się na mnie poznał ;p A tak na serio to wstałam dziś o 5.10 by wyglądać dobrze, by on zobaczył, że mam go gdzieś. Owszem zobaczył, ale mnie olał (!) No cóż, można i tak. Wyrzuciłam go i z życia i czuję się z tym fantastycznie. Teraz mam o połowę mniej problemów, przeszło miesiąc się denerwowałam i stresowałam - koniec z tym! A tak poza tym to szukam białych rękawiczek na dwa palce i szalika. Dziś dostałam od kumpeli śliczną, białą czapkę :) U siebie nie mogłam takiej znaleźć, a ceny były kosmiczne. Także jeszcze tylko te rękawiczki i szal i jestem ubrana na zimę :D Wiem, troszkę późno, w sumie wcześniej kupiłam sobie czapkę i szalik, ale jak wróciłam do domu to stwierdziłam, że jednak mi się to nie podoba - to się nazywa kupowanie pod przymusem, ale nie za moje pieniądze, także no cóż :D A waga stoi w miejscu, cholera jasna, tak ładnie szło, a teraz takie coś. Wiem, wiem - taka jest kolej rzeczy, ale mogłaby spadać szybciej, zwłaszcza, że i tak już mało jem. A surimi mi gardłem wychodzi, naprawdę, chyba się przejadłam. Ale muszę się trzymać. Nie w jeden dzień Rzym zbudowano :)

[8]7 grudnia 2011 @ 19:36


Dziś w sklepie nie udało mi się spotkać białych rękawiczek i szalika. Za to od rana dosłownie natykałam się na niechciane osoby. Najpierw w skmce, potem na zakupach, potem jak wracałam i w kolejnym sklepie, zastanawiałam się tylko co mi się jeszcze dziś przydarzy. W każdym razie kupiłam sobie pistacjowy lakier w douglazie, na który się czaiłam od łoh chyba września. Jakoś humor trzeba sobie poprawić no i portfel mi schudł :D

[10]8 grudnia 2011 @ 18:21


Rano dostałam zawału. Weszłam na wagę, a tu dwa kilogramy więcej. Nie wiem jak to się stało, przecież nie jem. Na am się dowiedziałam, że tak jest na tej diecie, ale jednak to mnie nie uspokoiło. Niech ta głupia woda się zatrzymuje gdzie indziej, ale nie u mnie! Naprawdę się wściekłam. Dlatego dziś dużo się ruszałam i w zasadzie marzłam, ale tak trzeba. Nie mogę sobie pozwolić na takie skoki wagi. Poza tym matka zaczyna panikować, że sobie wykończę nerki i mam chodzić na badania. Oszalała, jakbym nie miała co robić ;/ W każdym razie nie rzucę diety tylko dlatego, że ktoś powiedział mojej matce, że nerki dostają w dupę. Wie, że jak coś sobie postanowię to w tym wytrwam. Zaczęłam to skończę.

[14]9 grudnia 2011 @ 17:31


200. To, co pogrąża człowieka, to wcale nie upadek do wody, lecz pozostawanie pod wodą. PC
No dobrze, niepotrzebnie wczoraj panikowałam, bo gdy dziś się ważyłam ujrzałam 2 kg mniej, także jest okej. Ale jakoś sama nie czuję się najlepiej, mam straszne zawroty głowy, rano jak wstałam to myślałam, że się przewrócę. No nieważne. Poza tym szybko zleciał mi ten dzień, ani się obejrzałam i jest już ciemno. Naprawdę nie lubię zimy, tego chłodu i śliskich chodników, zawsze jak idę to tylko trzymam się za buzię by nie stracić zębów.

[7]10 grudnia 2011 @ 18:13


Taka motywacja :)







[12]11 grudnia 2011 @ 19:18


Dzisiejszy dzień też w sumie szybko zleciał. Odwiedziła mnie kumpela, która zmobilizowała mnie do ukończenia prawka. Od 12 lutego wchodzą nowe przepisy, co utrudnia jego zdobycie. Także no muszę się wziąć za siebie, zdać testy, wziąć dodatkowe godziny i zdać egzamin. Bo tak być nie może. Ojca często nie ma, a autobusy to niezbyt wygodny środek transportu. No, ale jutro najpierw muszę odebrać dokumenty ze starostwa i zawieźć je do pordu. A może oni już je przesyłają? No jutro się dowiem. W każdym razie na diecie wciąż się trzymam, nawet nie mam już zachcianek. W zasadzie nie chce mi się jeść. Także jest okej. Dobre jest to, że widzę efekty mojej "ciężkiej" pracy, co dalej zachęca mnie do trwania w moim postanowieniu i w efekcie chudnięcia. Co teraz jest najważniejsze.

edit
No i dokumenty poszły do pordu, teraz tylko umówić się na teorię.
Podobno kumpel ojca ma znajomości ]:->

[11]13 grudnia 2011 @ 16:42


Umieram w samotności.

[7]14 grudnia 2011 @ 14:15


Dzisiejszy ranek był ciężki. Zastanawiałam się: wejść na wagę, nie wejść, wejść na wagę, nie wejść. Strasznie się bałam. Gdyby waga pokazała więcej to bym umarła. Na szczęście było inaczej :) To mnie mobilizuje do dalszej walki. Nie mogę się poddać, nie kiedy doszłam tak daleko.

edit
Nie mogę się doczekać, kiedy dostanę własne mieszkanie i się w końcu wyprowadzę.

[6]15 grudnia 2011 @ 18:07


Niedawno wróciłam z akademii, po zajęciach miałam egzamin z procesów informacyjnych i padłam po prostu jak zobaczyłam pytania. W ogóle facet nie ogarnął, że pisze cały rok i na początku stwierdził, że mamy przyjść w styczniu, potem zmienił zdanie i podzielił nas na dwie tury. W każdym razie jestem zmęczona, tyle godzin na uczelni to nie dla mnie. Poza tym jestem zdenerwowana, kumpel mnie wkurzył, naprawdę kiedyś mu strzelę w pysk. Ale na to już nie mam siły. No cóż mogę jeszcze powiedzieć, dzisiaj brakuje mi słów. I jakoś tak dziś było mało pozytywnie, a raczej negatywnie. A humor mam bardzo neutralny.

edit
Zjebałam.

[4]16 grudnia 2011 @ 20:21


To był dobry dzień. Rano sprzątnęłam dom, odwiedziła mnie przyjaciółka, potem wzięłam się za pracę z inwestycji, a następnie imprezę kontynuowałam u niej. Teraz z kolei wracam na ziemię, muszę dokończyć to co zaczęłam. Jutro jedziemy do klifu, także muszę się sprężyć i ogarnąć materiał. Naprawdę jest dobrze :)

[9]17 grudnia 2011 @ 19:36


Wraz z ubytkiem kilogramów, ubywa również resztka mojej pewności siebie. W cale nie czuję się lepiej, jest gorzej. Mój organizm nie toleruje czekolady, ani innego "normalnego" jedzenia. Od razu się buntuje. Dziś czułam się fatalnie, nadal brzuch mnie boli. Ehh kogo ja próbuje oszukać? Kiedy jestem sama uzmysławiam sobie jaka jestem beznadziejna, gruba i obleśna. Wstyd mi się pokazywać publicznie. Mam wrażenie, że wszyscy na mnie patrzą, wytykają palcami i się śmieją. Wiem, że tak jest. Widzę to. I podobnie jak Padma nie wyobrażam sobie, by ktoś dotknął mojego grubego ciała. W ogóle nie potrafię sobie niczego wyobrazić. Moja przyjaciółka mi uzmysłowiła jaka jestem zacofana w te sprawy. Naprawdę nie miałam pojęcia, albo po prostu w ogóle nie myślałam. Ale ona ma kogoś komu na niej zależy, ma do kogo się zwrócić i chyba ma lepszą rodzinę. Czasem chciałabym być na jej miejscu. Moi rodzice w ogóle mnie nie rozumieją, cały czas robią mi pod górkę, nawet się nie starają jakkolwiek zrozumieć. Jest tak jak im się podoba, dlatego tak bardzo chciałabym być już na swoim mieszkaniu, mieć spokojną głowę i nie męczyć się psychicznie. Sądzę, że wtedy naprawdę bym odpoczęła. Póki co muszę się przemęczyć. Nie wiem czy wytrzymam, no cóż, albo umrę przed czasem.

[11]19 grudnia 2011 @ 10:45


edit 21:17
Ten dzień nie wróżył nic dobrego. Kiedy matka wróciła z pracy to wyrzuciła z siebie to wszystko co tłumiła ponad rok. Krótko mówiąc to wszystko moja wina. Ma mi za złe, że dokończyliśmy budowę domu. Ja uważam inaczej. Po prostu pierdole to wszystko. I kurwa jak ktoś mi powie, że nie mam źle to niech w ogóle nic nie pisze, bo nie ma pojęcia jak to jest żyć pod jednym dachem z taką rodziną, która wymaga od ciebie bóg wie czego, wyżywa się w każdej możliwej chwili, za nic nie jest wdzięczna i non stop narzeka, a o tym, że nie mogę robić tego co chcę już nie wspominam. Darujcie sobie również teksty w stylu "będzie dobrze", bo nie będzie! Każdego dnia wykańczam się psychicznie, nie jestem już w stanie sprostać ich wymogom. Ja nie supermen, batman, spiderman czy wonder woman. Staram się być taka jak oni sobie życzą, ale już naprawdę nie mam siły, niech się kurwa cieszą, że nie piję, nie palę, nie ćpam i nie jestem w ciąży z jakimś przypadkowym kolesiem. Także dobre czasy się skończyły, mówię koniec, już mnie nic nie obchodzi. Kompletnie. Mieli za dobrze, niech radzą sobie sami.

[7]20 grudnia 2011 @ 16:58


Nawet nie mam siły by opisać moją frustrację. Naprawdę, tak się wkurzyłam dziś, że lepiej to przemilczę.
Matka zastanawia się co robimy z domem, boję się, że plan mojego mieszkania może nie wypalić. Albo ja po prostu jak dobrze pójdzie to po licencjacie znajdę pracę i zarobię na swoje własne, ale do tego czasu zdechnę. Poza tym to mam wiele nauki i prac do napisania. W to wolne będę musiała się za to wszystko zabrać. Dziś zdałam sobie sprawę, że dosłownie olałam sobie wszystko. Oczywiście nie jestem sama, no ale co mnie inni obchodzą? Muszę się wziąć za siebie i napisać trzy prace i wykuć się na prognozowanie, ale to się z kumplami spotkam i się ogarniemy razem. Muszę się zmobilizować, tym razem naprawdę tak konkretnie. W sobotę zabiorę się za te całe projekty, jak skończę w tym roku to będzie cud.

[8]21 grudnia 2011 @ 21:36


Kłębi się we mnie tyle myśli, że naprawdę nie nadążam za nimi. Raz wiem czego chcę, a raz już nie, raz jest dobrze, a raz nie. Nigdy tyle razy nie zmieniałam zdania. Dziś zawiodłam sama siebie. Moja silna wola mnie zawiodła i to po takim czasie. Czuję się jak śmieć. Przecież miałam być silna, miałam wytrwać i śmiać się innym prosto w twarz, że potrafię coś, czego oni nie umieją. Okazałam się być zwykłym człowiekiem, bez żadnych super mocy. Naprawdę nigdy nie czułam takiego żalu i to do samej siebie. Jak ja mogłam? Na dodatek moje ciało odczuło moje błędy i umierałam przez kilka godzin, by w końcu spojrzeć w lustro i powiedzieć sobie, że jestem nic nie warta. Już nie jestem tą silną sobą, tylko słabym małym człowieczkiem. Źle się z tym wszystkim czuję, bo wiem, że czasu nie cofnę, a chciałabym. Wiadomo, jutro też jest dzień, ale jednak schrzaniłam dzisiejszy - na całej linii. Jednak nie jestem tak idealna i też się łamię. Także nic we mnie takiego niezwykłego już nie ma. Jestem może nie taka jak kiedyś, ale jednak nie tak silna jak kilka dni temu. No cóż, kara musi być. Już ja sobie pokażę co to znaczy silna wola. Heh, nie wiem czemu tak to przeżywam, ale inaczej nie potrafię, już nie. Coś we mnie pękło na dobre. Z tego nie da się pozbierać. Mam wrażenie jakbym znalazła się w labiryncie z którego nie można się cofnąć, trzeba iść w głąb, a co tam mnie czeka nie wiem. Pewnie nic dobrego, ale nie mogę się wrócić, nie potrafię.

edit 22.12
Dziś też nie jestem z siebie dumna.

[5]23 grudnia 2011 @ 17:09


Kiedy miłość wezwie cię do siebie idź...
Od rana jestem na nogach. Rodzice mnie wyrzucili z łóżka i musiałam z nimi jechać na zakupy. Poza tym już od jakiegoś czasu się nie wysypiam. Nie wiem od czego to zależy, ale już nie mam siły. Ale dosyć obijania się, postaram się ogarnąć trochę teraz projekt. Przynajmniej jakiś konspekt, a jutro już konkretnie się za to wezmę, choćbym miała siedzieć nad tym do nocy. Tak w ogóle to wczoraj rozmawiałam z nim i dowiedziałam się kilku interesujących rzeczy, a mianowicie on wciąż rozmawia z nią, a ona z kolei mu się żali, wyolbrzymia i wymyśla niestworzone rzeczy. Czyli wniosek z tego taki, że on nie jest jej taki obojętny jak mówiła, a on jest głupi skoro rozmawia z prostą dziewczyną. No cóż, są ludzie i taborety, oni definitywnie zaliczają się do tych drugich. Ale jakoś strasznie nie ubolewam nad tym faktem, przecież swój do swego ciągnie no nie? :) Ale mimo wszystko powiem wam, że w dzisiejszych czasach ciężko jest znaleźć kogoś na kim można jednocześnie polegać jak i zaufać. W większości mężczyźni wiemy na co lecą i nie oszukujmy się, lepiej zostać samej niż się męczyć.

[8]24 grudnia 2011 @ 18:11


W tym roku na święta, których nie obchodzę życzyłabym sobie dostać święty spokój, serce, które nie czuje, rozum, który nigdy mnie nie opuści oraz instynkt, który nigdy nie zawiedzie. Ze względu na to, że mam dość tego popapranego życia mam nadzieję, że owe prezenty chociaż trochę poprawią jego jakość.

[8]25 grudnia 2011 @ 20:43


Już prawie zaczynało być dobrze, już prawie zapomniałam, a tu nagle on się odezwał i wszystko wróciło. Po co? Pytam się po co? Czy nie widzi, że tym mnie krzywdzi? Robi nadzieję, a potem zostawia, a ja cierpię. Czuję się jakbym była przewlekle chora, a on tylko sprawia, że nie da się wyleczyć tej choroby. Żadne antybiotyki już nie skutkują. Mam tak osłabioną odporność, że w zasadzie nic nie działa i powoli umieram. Tak - umieram.

[11]26 grudnia 2011 @ 19:34


Niedawno wróciłam z obiado-kolacji u ciotki. Jak zwykle nie obyło się bez inteligentnych wywodów K., M. jak zaklęta słuchała tych bzdur, zero reakcji, mój ojciec jeszcze podsycał "rozmowę", matka jak zwykle ruszała buzią cały czas, brat próbował wcisnąć swoje trzy grosze, ale z marnym skutkiem, na ciotkę nikt nie zwracał uwagi, która bezskutecznie tłumaczyła K. by przestał trząść choinką, z kolei MM. był zafascynowany opowiadaniami K. i widać, że dobrze się bawi, a wujek hmm on już żyje w innym świecie.
O czym były "rozmowy"? Głównie o Afganistanie, Talibach, Ameryce, Chinach, bombach, Żydach, patentach, beznadziejnych polskich prezydentach, gmo, historii starożytnej i o innych. Czyli jak zwykle to samo. Ja oglądałam jakiś film na polsacie i tak zleciał ten dzień. Nic ciekawego. Bezskutecznie czekałam na telefon od niego, bo przecież obiecał, ale zapomniałam, że zaufać mu to jak boga opuścić. Także nie doczekałam się. Już nie czekam, o nie.
Poza tym jutro kontynuuję naukę, dziś miałam zamiar ogarnąć drugi projekt, ale byłam zmuszona jechać do ciotki. Także wiele nie zdziałałam. Ale gdy siedzieliśmy przy stole uświadomiłam sobie jaka jestem samotna, mimo, że byłam wśród rodziny, to nie miałam o czym z nimi rozmawiać, nie zrozumieliby mnie, nie pojęli by moich problemów, od razu by wysłali do psychiatryka. Z kuzynką zamieniłam dosłownie dwa zdania i na tym się skończyło. Kiedyś mogłyśmy rozmawiać godzinami, a dziś już nic nas nie łączy. Nie wiem czym to jest spowodowane, wiem, że się zmieniłam, zamknęłam się w sobie, ale nie sądziłam, że tyle mnie dzieli z moją rodziną. Nie czuję się z nimi zżyta. Nawet na fotografii, która stała na segmencie mnie nie było, po chwili przypomniałam sobie, że to ja przecież robiłam zdjęcie, bo nie chciałam by aparat uwiecznił takiego grubasa. Jestem świadoma, że ed zniszczyło mi życie, ale nie wiedziałam, że aż tak. Od kiedy skończyłam 15 lat nie mam żadnych zdjęć na których mnie widać, to jest smutne, ale jednak silniejsze ode mnie. Uwielbiam robić zdjęcia wszystkiemu, ale nie sobie, brzydzę się patrzeć na siebie. Oby przyszły rok był inny od tego, w tym za dużo błędów popełniłam i żałuję wielu rzeczy. A chciałabym kiedyś spojrzeć wstecz i powiedzieć, że było fajnie. No zobaczymy co z tego wyjdzie.

[30]27 grudnia 2011 @ 18:53


Odkładamy rzeczy, by potem znów je przywołać. Więc jeśli śmierć nie jest końcem, na co więcej można liczyć? Ponieważ, rzecz jasna, nie możesz liczyć na nic w życiu. Życie jest najbardziej delikatną, niestabilną, nieprzewidywalną rzeczą.
To niewyobrażalne ile szczęścia dają malejące cyferki na wadze. Człowiek od razu czuje się lepiej, ma kontrolę nad sobą, a ciało jest jego niewolnikiem. Jeśli się czegoś gorąco pragnie to cały wszechświat działa potajemnie, by udało się to nam osiągnąć - mówi Paulo Coelho, ale ja osobiście nie czuję na sobie zbawiennej mocy wszechświata. Do wszystkiego dochodzę SAMA, swoją ciężką, nieocenioną pracą. A może Paulo miał na myśli co innego, w każdym razie w tej kwestii nie miał racji. Tu działam ja i tylko ja.
Dzień minął szybko, pochmurnie i trochę nudnawo. Sprzątnęłam swój pokój, wymieniłam zdjęcia w ramkach, ogarnęłam dół, zrobiłam sobie szpinak, posprzątałam po obiedzie rodziców, obejrzałam jakiś serial z matką, sprzątnęłam pokój brata i tak jakoś jest już prawie 19. Za chwilę wezmę się z kumpelą za analizę fundamentalną spółki i mam nadzieję, że za prognozowanie też. Zobaczymy ile czasu to zajmie. Ale humor mam dziś dobry. Te 2 kg mniej sprawiły, że znów mam po co żyć :)

[18]29 grudnia 2011 @ 13:56


Co sprawia, że człowiek zaczyna nienawidzić sam siebie? Może tchórzostwo. Albo nieodłączny strach przed popełnianiem błędów, przed robieniem nie tego, czego inni oczekują. - „Weronika postanawia umrzeć” Paulo Coelho
Wczoraj prawie do 22 robiłam z kumpelą prognozowanie, pod koniec już zapomniałam jak się nazywam. Tyle facet od nas wymaga w tej pracy, a to dopiero obliczenia, masakra. Tak w ogóle to zaliczyłam egzamin z procesów informacyjnych :) Tak się cieszyłam, że mam to z głowy, czyli być może będę mieć ferie.
A słuchajcie najlepszego! Wczoraj odezwał się do mnie on i powiedział, że ta %$@!& co mi go odbiła ma według niego zryty beret (Ameryke odkrył ;p) i skończył z nią, albo to ona z nim, w każdym razie on się cieszy, że ma ją z głowy, a ja, że to koniec tego teatrzyku. No czyli zapowiada się całkiem przyjemny rok :) Poza tym rozważam zmianę numeru telefonu. Ma go kilka niepożądanych osób, od których chciałabym się odciąć. I chyba ta zmiana dojdzie do skutku.

[11]30 grudnia 2011 @ 19:38


Od dłuższego czasu zabierałam się za napisanie tej notki, ale nie potrafiłam pozbierać myśli. Na dodatek nie wiem od czego zacząć, może najlepiej od początku. Wdech i... Dziś rano gdy wsiadałam z rodzicami do samochodu ojciec wyleciał z ryjem na matkę, matka nie pozostała dłużna i krzyczała przez prawie połowę drogi do sklepu. Kiedy matka wyszła z samochodu to ojciec od razu ryj wielki i mi gada na matkę, ja byłam we własnym świecie, nie odpowiedziałam nic. Kiedy dojechaliśmy dalej to matka ryj wielki i na ojca nadaje - też nie chciało mi się z nią rozmawiać. W międzyczasie miałam telefon, którego nie odbierałam od chyba dwóch tygodni, na początku nie chciałam rozmawiać, potem się bałam, a później z kolei już „uciekałam” od odebrania i telefon dzwonił sobie od kilku dni. Z kilku powodów nie chciałam rozmawiać z nią, nie lubię pytań w stylu „co się stało?”, „masz jakiś problem?”, „wszystko w porządku?” - nie znoszę tego, a tym bardziej nie lubię się wygadywać komuś, kto nie znaczy dla mnie więcej niż zeszłoroczny śnieg. Jednak zmusiłam się i odpisałam, że żyję. Niestety się wkopałam, bo ona chce się spotkać na „pogaduchy”. Jak wyżej pisałam, nie usłyszy ode mnie nic. Poza tym kiedy wróciliśmy do domu matka walnęła z grubej rury, że rozchodzą się z ojcem. Nie dziwi mnie ten fakt. Kiedy sprzedamy dom matka idzie w swoją stronę, a ojciec w swoją. I tak jestem w szoku, że nie rozeszli się wcześniej. No cóż, ojciec też nie znaczy dla mnie wiele. Ważniejsza jest dla niego jego córka z poprzedniego małżeństwa, a ja się dla niego nie liczę. Nie wie kiedy mam urodziny, ile mam lat, gdzie studiuję, co studiuję, nigdy ze mną nie rozmawia jak jest w Polsce, słyszę tylko „zrób to i zrób tamto”. Powiem szczerze, że nie zdziwiłabym się gdybyśmy się wyprowadzili, a ojciec by z nami nie utrzymywał kontaktu (ze swoją córką nie rozmawiał od około 8-10 lat). Także ten rok był przełomowy dla mojej rodziny, a raczej jej braku. Chciałabym już mieć licencjat, pracę i własne mieszkanie. To jest istny dom wariatów, a nie wspominam o tym jak matka się zachowuje, po prostu już na to nie reaguję. Cały dzień słyszałam tylko „to twoja wina”, „to wszystko to twoja wina”. Niech żyje wolność słowa.

[18]31 grudnia 2011 @ 13:00


Podsumowanie roku 2011:
- początek roku zapowiadał się fatalnie na studiach, byłam gotowa je rzucić, ale tego nie zrobiłam i w sumie dobrze (-/+)
- dowiedziałam się, że moja dawna przyjaciółka ma guza mózgu (-)
- druga przyjaciółka zaręczała się i zrywała zaręczyny trzykrotnie w końcu wylądowała w górach w leśniczówce, bo tu nie mogła się utrzymać (-)
- zaczepił mnie muzułmanin, który potem znikł jak kamfora i podkopał moją pewność siebie (----)
- kuzynka, która urodziła dzidziusia po jego urodzeniu olała nas i się nie odzywa do dziś, wysłała jedynie smsa z życzeniami świątecznymi (-)
- drugi semestr mnie załamał, wpadłam znów w depresję, ale ostatecznie zdałam wszystko i nie musiałam brać warunku (+)
- zamknęłam się w sobie (-)
- kupiłam rower, na którym jeździłam trzy razy dziennie (+++)
- szukałam pracy, raczej biernie, z marnym skutkiem (-)
- kolejna sesja była straszniejsza od poprzedniej, przez tego muzułmanina oblałam finanse przedsiębiorstwa, ale głupi ma szczęście i wszystkie poprawki zdałam za pierwszym razem, również obyło się bez warunku (-/+)
- przez kilka kolejnych miesięcy miałam doła (-)
- we wakacje ciężko pracowałam na budowie (-)
- byłam u endokrynologia i ginekologa, którzy wysłali mnie do szpitala, bo nie wiedzieli co się ze mną dzieje (-)
- wysłałam matce smsa, który miał pójść do kumpeli, w którym ją zmieszałam z błotem; miałam szlaban przez miesiąc, nikt się do mnie nie odzywał (---)
- byłam na Woodstocku (++++++)
- zrobiłam sobie tatuaż (+++)
- zaczęłam piec ciasta (+)
- matka zadecydowała, że sprzedajemy dom (?)
- lekarze podejrzewali u mnie guza przysadki (---)
- pobyt w szpitalu był okropny, studenci oglądali mnie prawie nagą, resztka mojej pewności siebie została wychłostana, ALE dzięki temu wzięłam się za siebie i przeszłam na dietę (-/+)
- kumpela odbiła mi faceta (---)
- zaliczyłam wszystkie dotychczasowe egzaminy (++)
- schudłam 10 kg w półtora miesiąca (++++++++++)
- matka zdecydowała, że po sprzedaży domu odchodzi od ojca (?)

Bilans: +5 Czyli jestem na plusie, mimo tych okropnych rzeczy. Z tego wychodzi, że ten rok nie był taki zły do końca.

Mam nadzieję, że w przyszłym roku będę ŻYĆ, a nie tylko egzystować.

© joliment