[1]8 października 2010 @ 18:03


67. People say that you're going the wrong way when it's simply a way of your own.
Już mam za sobą pierwszy tydzień na uczelni. Powiem, że studia to nie taka zła sprawa, heh ciekawe czy będę mówić tak samo jak będę mieć sesję ;p W każdym razie poznałam trochę ludzi, niektórzy z nich są w porządku zaś inni "co to nie ja" i trzymają się razem. Nawet na studiach jest podział, szczerze powiem, że się nie spodziewałam. Ogólnie plan mam w kit, we wtorek i środę mam 10 godzin ćwiczeń i wykładów, w tym w-f, w środę już tylko 6 godzin, no a dziś tylko dwie godziny, a i zapomniałabym o basenie w poniedziałek. No to będzie komedia. Niby umiem pływać, to znaczy utrzymuję się na wodzie - dosłownie, ale no stylu jakiegokolwiek mi brak, także z kumpelami się śmiejemy, że się w czwórkę potopimy na najbliższych zajęciach i następnego dnia będziemy się oglądać na youtube. No to będzie konkretna porażka. Co do dojazdów, nie jest aż tak źle, można przywyknąć, mp3 w uszy i jest ok :) W sumie czuję się lepiej od kiedy zaczęłam robić to na co mam ochotę, jestem chyba szczęśliwsza, bo wcześniej to deprecha totalna była, no i moje życie nabrało barw, w sumie na jedno wychodzi. Jest dobrze :)

[2]16 października 2010 @ 18:08


68. It's funny how someone can break your heart and you still love them with all the little pieces.
To zdanie mówi samo za siebie. Studia jakoś lecą, ale niestety zdarza się, że coś idzie nie tak jak byśmy tego chcieli. Nienawidzę siebie za to jaka jestem i jak wyglądam. Nie cierpię tego co robię, a mimo tego nie potrafię z tym skończyć. Bulimia zabija mnie od środka. Przez nią nie mogę być sobą, bo przecież ona jest częścią mnie. Nie mam komu się wygadać nawet z byle czego. Na uczelni są spoko ludzie, ale oni nie zrozumieją, nic nie wiedzą. Chciałabym kogoś mieć, ale się boję. Po drugie, kto by mnie chciał? Jestem okropna. Deprecha totalna. Wczoraj byłam na "imprezie", było kilka osób, które znam i dwie których nie. Cały czas siedziałam cicho, może zamieniłam kilka słów. Nie potrafiłam się z nimi zgrać. To chyba nie dla mnie - ludzie. Fakt, cały czas mówili o czymś, o czym nie mam pojęcia. Czuję, że znów się zaczyna to co było przedtem. Zacznę się izolować i męczyć sama ze sobą. W zeszłym roku między innymi przez to trafiłam na pogotowie. Nigdy więcej nie zrobię sobie takiego czegoś. Każdego dnia, kiedy patrzę na rękę przypomina mi się wszystko. Żałuję tego cholernie, ale co poradzę? Głupia byłam. No i znów jestem nieszczęśliwa, czy ja pragnę za dużo? Być po prostu szczęśliwym i żyć chwilą. Tego najbardziej chcę.

[1]22 października 2010 @ 16:33


69. Chcesz zrozumieć, czym jest rok życia? Zapytaj o to studenta, który oblał roczny egzamin. Czym jest miesiąc życia, powie Ci matka, która wydała na świat wcześniaka, i czeka, by wyjęto go z inkubatora, bo dopiero wówczas będzie mogła przytulić swoje maleństwo. Zapytaj, co znaczy tydzień robotnika pracującego na utrzymanie rodziny w fabryce, albo kopalni. Czym jest dzień, powiedzą Ci rozdzielani kochankowie, czekający na kolejne spotkanie. Co znaczy godzina, wie człowiek cierpiący na klaustrofobię, kiedy utknie w zepsutej windzie. Wagę sekundy poznasz, patrząc w oczy człowieka, który uniknął wypadku samochodowego, o ułamek sekundy pytaj biegacza, który zdobył na igrzyskach olimpijskich srebrny medal, a nie ten złoty, o którym marzył przez całe życie. Życie to magia…
W środę wieczorem byłam w klubie z ludźmi ze studiów i było mega. Nie zapomnę tego wieczoru, nocy. Nie stroiłam żadnych fochów, nie byłam w centrum uwagi, wypiłam jedno piwo, zdarłam gardło (przez karaoke), spodobał mi się jeden pan i ogólnie zabawa była na całego. Nie będę pisać o negatywach, bo nie było ich tak dużo - kto by się spodziewał! Bardziej się zgrałam ze znajomymi z roku, fakt, że było nas tylko 10, ale kameralnie lepiej :-) Wróciłam jakiś czas po 5.30 i spałam u kumpeli, nie opłacało mi się wracać, zwłaszcza, że i tak niedługo trzeba było wstać i pędzić na uczelnię, po drodze zwiała nam jedna kolejka, potem kolejna przyjechała nieźle spóźniona, padał deszcz, byłyśmy bez parasolki, spóźniłam się sporo na zajęcia i na ostatnim wykładzie kleiły mi się oczy. Dziś się nie wyspałam, boli mnie kręgosłup i mam zakwasy, nie wiem jak bardzo musiałam się wyginać w tym klubie - przecież nic takiego nie robiłam, a bolą mnie takie mięśnie, o których istnieniu nie miałam pojęcia. No i tyłek mnie boli, to już masakra ;p Doszłam do wniosku, że Ci z którymi przebywam są bardziej rozmowni i fajniejsi, aniżeli moje stare otoczenie. Zdążyłam się przestawić :-) Może jeszcze za bardzo mnie nie poznali, no dobrze, w ogóle nic o mnie nie wiedzą, ale to inna liga. Oni są spoko. Deprecha poszła precz, a ja znów się cieszę z życia, może nie jest to pełnia szczęścia, bo do niej brakuje kogoś, ale spokojnie mogę powiedzieć, że jest dobrze.

[1]30 października 2010 @ 19:57


70. Nie jestem leniem. Prowadzę osiadły tryb życia... który jest klasycznym przykładem lenistwa...
I kolejne zdanie, które mówi coś więcej o mnie :) Dłuższy weekend przyczynił się do nic-nie-robienia. Wiem, że wypadałoby się poczuć i w ogóle, ale to jutro, albo w poniedziałek lub wtorek. Na razie cieszę się wolnym. W środę znów idziemy do autsajda. Heh, to się nazywa życie. Domem już się nie interesuję, chce matka go sprzedać to niech sprzedaje, ale tam gdzie będę miała mieszkać chcę mieć swój pokój i nic więcej mnie nie obchodzi. Nie ma co robić to niech się znów bawi w sprzedawanie i szukanie nowego mieszkania i kolejne budowanie. Ogólnie to chce kupić dwa mieszkania i z ojcem wybudować drugi, mniejszy dom w swoich rodzinnych stronach. A mnie to jest nawet na rękę, niech idzie w pizdu tylko niech kase przysyła. Dosyć już jej mam. Jestem dorosła i mogę robić co mi się podoba.

[edit]
Matka znalazła mój pamiętnik, co za tym idzie przeczytała to czego nie powinna. Ogólnie to koniec mojej wolności. Brat dziś spali pamiętnik, a ja robię czystki na laptopie i kompie. Dosyć już mam problemów.

© joliment